Pomysł, by jechać na festiwal Čajomir w Czechach zrodził się krócej niż tydzień przed rozpoczęciem festiwalu. Do tej pory nie mogę uwierzyć w to, że w tak krótkim czasie marzenie sprzed lat stało się rzeczywistością. Uszczypnijcie mnie, bo to wszystko wydaje mi się być snem.
Piątek w Polsce był upalnym dniem jednak po przyjeździe do stolicy Czech wszystko się zmieniło. Gorąc Polski szybko zmyła ulewa Pragi. I deszcz postanowił towarzyszyć nam prawie przez cały czas obecności na festiwalu Čajomir.
W sobotę rano około 10 przyjechaliśmy, żeby się rozstawić w naszym tea roomie. Pod nogami było błoto. Mało brakowało i nasz pomysł na siedzenie na karimatach oraz kocach by się nie udał. Na szczęście za naszym namiotem ktoś dawno temu zostawił dwie palety. One posłużyły jako podkład i uniosły nas nad ziemią, która coraz bardziej nasiąkała wodą.

Unoszenie się nad ziemią również czułem w swoim ciele, bo byłem w tym cudownym miejscu i robiłem to, co lubię najbardziej – parzyłem herbatę dla gości naszego tea room’u. Dodatkowo byłem w ekipie osób mi bliskich, którzy kreatywnie podeszli do aranżacji stoiska. Czułem, że każdy z naszego TEAmu wnosi coś bardzo wartościowego i przyczynia się do cudu, który właśnie się wydarza.
Od 11 do 20 parzyliśmy herbatę, rozmawialiśmy w mieszance językowej, wróżyliśmy ludziom używając najstarszej wyroczni na świecie – magicznych patyczków o nazwie Chien Tung. Również obdarowywaliśmy naszych gości obłędnie pysznym ciastem, które upiekła Pati. Był moment, że nawet zrobiłem podstawowy Chi Kung z ludźmi w naszym namiocie.
Jednym słowem – działo się!!!
Przez to, że padało, ludzie zostawali u nas na dłużej, dzięki czemu można było wejść w nieco głębsza relację. Nikt nigdzie się nie śpieszył i to mi jak najbardziej pasowało. Chociaż organizatorom było trochę przykro, ponieważ nie na rękę był ten niekończący się deszcz. Oni zaprosili około 50 Tea roomów na Čajomir a odwiedzających festiwal była dosłownie garstka.
Kiedy miałem krótka przerwę w parzeniu, zastąpił mnie Roman. Wtedy poszedłem zobaczyć pozostałe Tea room’y, ponieważ ciekawość mnie zżerała. Byłem zaskoczony ilością osób azjatyckiego pochodzenia – było około 7 stoisk, na których parzyły herbatę osoby z dalekiego wschodu mieszkające obecnie w różnych zakątkach Europy. Była na przykład bardzo sympatyczna para z Helsinek.

Cieszyłem się niezmiernie widząc znajome twarze! Było kilka osób, które kiedyś poznałem na Święcie herbaty w Cieszynie, m.in. Michał Butor, Petr Sič, Arek z Rishe.cz, Ondra Malicek, Dalibor.
Bardzo chciałem dosiąść do każdej osoby i porozmawiać, ale tym razem się nie udało czasowo – mieliśmy swój Tea room, o który należało dbać.
Kiedy wróciłem ze spaceru po terenie festiwalu, zobaczyłem na stoisku tajemniczego gościa. Przywitałem sie. Zapytałem o imie.
– Jaromir…
Pytam, skąd przyjechał na festiwal i który to jego raz. Odpowiedział, że go organizuje. :D
Był to główny

