Festiwal Czaisz? 2018 w Międzynarodowy Dzień Herbaty [zdjęcia]

W tym roku Międzynarodowy Dzień Herbaty czyli 15 grudnia postanowiłem świętować w gronie herbaciarzy na Wrocławskim festiwalu Czaisz?. Nie powstrzymała mnie odległość, którą trzeba było pokonać od Warszawy do Wrocławia.

Jestem przyzwyCZAJony jeździć do Wrocka, bo studiuję tam na Akademii Feng Shui i co najmniej raz w miesiącu tam się pojawiam. Najpierw był plan jechać w piątek wieczorem w towarzystwie Adama i Małgosi, co byłoby bardziej komfortowe. Ale w piątek przyjaciele z wibracjamilosci.pl potrzebowali zrobić sesję zdjęciową w Anya Joga, więc postanowiłem, że pojadę w sobotę rano.

Fajne było to, że festiwal Czaisz? zaczyna się o 12. Trzeba było wstać bardzo wcześnie rano, czego nie ukrywam bardzo nie lubię. O dziwo wstawanie rano w sobotę nie sprawiło mi żadnych kłopotów – festiwal herbaciany jest najlepszą motywacją herbaciarza. Już o 5:30 byłem na nogach i zrobiłem Powitanie Słońca, po czym zjadłem śniadanie i wyruszyłem.

Po drodze czekała mnie niespodzianka – autobus do Wrocławia spóźnił się o godzinę i 10 minut (Flixbus), przy czym najpierw informacja na dworcu była, że opóźnienie jest tylko półgodzinowe. Czekać godzinę na mrozie w zawieszeniu i niewiedzy czy w ogóle ruszymy w kierunku Wrocławia nie było przyjemnym doświadczeniem.

Ale w końcu wszystko się pozytywnie ułożyło i dotarłem na Czaisz? o 14tej. Będąc jeszcze przy kwestiach komunikacji warto zaznaczyć, że byłem nieco zdziwiony w jak odległym od centrum Wrocławia miejscu odbywa się festiwal. Aczkolwiek dla chcącego nic nie jest przeszkodą.

Byłem zapisany na 4 warsztaty i po przyjeździe od razu odebrałem bilety i czarki autorstwa Andrzeja Bero. Bardzo mnie cieszy,  że w tak niskiej cenie stałem się posiadaczem pięknych klasycznych filigranowych czarek, które używałem podczas festiwalu Czaisz? regularnie ale i po powrocie do domu nie zapomniałem o nich.  No i oprócz czarek stałem się uczestnikiem wspaniałych warsztatów-degustacji herbaty. O których poniżej trochę opowiem.

Nie zdążyłem na wykład z Wojtkiem Woźniakiem, czego bardzo żałuję – wszedłem na salę warsztatową, kiedy Wojtek się pakował po degustacji.

Pierwsza ceremonia była z wyjątkowym gościem z Korei, Panią Park Sou Won, która poprowadziła koreańską ceremonię herbacianą. W 2015 roku podczas festiwalu Święto Herbaty miałem okazję spotkać się z Panią Park i jej córką, ale wtedy jednocześnie prowadziłem ceremonię herbacianą i nie mogłem uczestniczyć w jej ceremonii. Tym bardziej się cieszyłem jadąc na Czaisz? w tym roku, że w końcu doznam wyjątkowości koreańskiego podejścia do parzenia herbaty.

Robert Tomczyk Sayama był tłumaczem i opowiadał różne ciekawostki. Pierwsza z nich padła już na samym początku. Bo ważne jest trzymanie rąk. Kobiety trzymają prawą ręką za lewą(widać na zdjęciu przy powiększeniu) panowie na odwrót, chyba że jest to pogrzeb, to wtedy się wszystko odwraca. W trakcie ceremonii była parzona słynna koreańska herbata pariocha, którą Pani Park przywiozła ze sobą. Prawdopodobnie bardzo się różni od tej pariochi, którą można kupić we Wrocławskiej Czajowni. Możecie sami w tym się przekonać.

Herbatę od Pani Park można kupić w herbaciarni Herbaty Czas, której stoisko również było podczas Czaisz? i sprzedawano na nim między innymi herbaty z Korei – Pariocha i Sejak. Nie kupowałem, bo nie widziałem sensu transportować z Wrocławia herbatę, którą mogę kupić w Warszawie pod nosem.

W programie również figurowała Anna Walczak, która służyła wsparciem Pani Park.

Kolejnym programem warsztatowym festiwalu Czaisz? był Robert Tomczyk Sayama: „Najrzadsze i najciekawsze herbaty ze zbiorów Sayamy”. Robert wjechał na salę z walizką herbaty! Zaczął od tego, że telewizja go przed chwilą ścigała o to by opowiedział legendę o powstaniu herbaty. A on chciał opowiedzieć antylegendę – tę, w której Budda odciął sobie powieki, z których później wyrosły krzewy herbaty. Dlaczego antylegenda? Dlatego, że buddyzm raczej nie nakłania nikogo do samookaleczania się.

Robert miał w planie robić losowanie wśród uczestników, kto której herbaty się napije. Ale niestety czas wykładu nie pozwalał mu zaparzyć kilku herbat, więc stanęło finalnie na trzech. Pierwsza do boju poszła Bancha, którą parzył wrzątkiem w dużym czajniku z historią: są na nim buddyjskie teksty, które pisał jego znajomy mistrz ceramik.

Kolejną herbatą był Tie Guan Yin Shú chá. Więcej o niej przeczytacie na blogu Roberta. Do parzenia Robert użył małego czajniczka do gong fu cha, żeby pokazać kontrast w podejściu do parzenia. I że tak mały czajniczek również potrafi napoić 20 osób herbatą ;)